O Poznańskiej Piatce - Parafia Błogosławionej Poznańskiej Piątki w Poznaniu

Przejdź do treści

Menu główne:

O Poznańskiej Piatce

Zwyczajni święci

Tego wieczora, na ponurym dziedzińcu drezdeńskiego więzienia, gdzie słońce nie zaglądało nigdy, gilotyna pracowała nieprzerwanie, wyrabiając swoją okrutną normę. Był koniec lata 1942 roku. A dokładnie 24 sierpnia. Sam środek rozszalałego faszystowskiego terroru, który opanował nie tylko Europę, ale cały świat.

Ścięte głowy, jedna po drugiej, spadały do podstawionego wiadra. Temu przerażającemu widokowi przyglądał się ojciec Franz Bänsch OMI, stojąc z boku i trzymając w wysoko wzniesionej dłoni swój oblacki krzyż, który w jego zakonie zwykło się nosić zatknięty za pasem. To była ostatnia wola skazańców móc widzieć krzyż w chwili śmierci. Ojciec Bansch starał się zatem z całych sił unieść krucyfiks tak wysoko, żeby sprostać tej niezwykłej prośbie. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak bardzo prośba jest niezwykła, bo przecież odprowadził już na śmierć wielu skazanych. Jako proboszcz parafii, na terenie której znajdowało się więzienie, brał udział we wszystkich egzekucjach w tutejszym więzieniu. Spowiadał wielu skazanych na śmierć tuż przed wykonaniem wyroku, jednak z takim pragnieniem, a także z takim spokojem, z taką zgodą na wolę Bożą nie spotkał się jeszcze nigdy dotąd. To nim wstrząsnęło. Tym bardziej, że więźniowie byli niezwykle młodzi. Najmłodszy miał zaledwie 19 lat…

Dla ojca Banscha stało się jasne, że nie może pozwolić, żeby zaginęła pamięć o tych niezwykłych młodych ludziach, których poznał w tak tragicznych okolicznościach, których wyspowiadał ostatni raz na tej ziemi, przygotowując na śmierć i z którymi spędził ostatnie chwile ich życia. Doskonale zdawał sobie jednak sprawę, że obowiązuje go tajemnica, że nie wolno mu mówić o niczym, co zobaczył za murami więzienia, a tym bardziej robić notatek. Groziła mu za to śmierć. Z łatwością mógł podzielić los tych, którym przed chwilą towarzyszył w przejściu z tego życia do wieczności. Sumienie podpowiadało mu jednak, że czasami są sprawy o wiele ważniejsze niż troska o własne życie… To dlatego po powrocie na plebanię zapisał na odwrotnej stronie wezwania do więzienia m.in. słowa: „Dziś przeszli do wieczności ludzie święci”. To dlatego w parafialnej księdze zgonów zanotował nazwiska (ustalając jednocześnie numer zbiorowej kwatery, w której zostali pochowani): Czesław Jóźwiak, Edward Kaźmierski, Franciszek Kęsy, Edward Klinik, Jarogniew Wojciechowski. To dlatego wreszcie, w latach 60. ubiegłego wieku, przy kościele św. Pawła w Dreźnie, gdzie był proboszczem, postawił poświęcony im pomnik. Wierzył, że są święci.

Kościół oficjalnie potwierdził to dopiero 13 czerwca 1999 r., kiedy Jan Paweł II na Placu Zamkowym w Warszawie ogłosił błogosławionymi 108 męczenników II wojny światowej. W tym zacnym gronie
w towarzystwie 3 biskupów, 52 kapłanów diecezjalnych, 26 kapłanów zakonnych, 3 kleryków, 7 braci zakonnych, 8 sióstr zakonnych i 4 innych osób świeckich znaleźli właśnie oni: pięciu młodych Polaków z Poznania, którzy stracili życie przez zgilotynowanie na dziedzińcu drezdeńskiego więzienia. Jak trafili do niego, co takiego zrobili, że wydano na nich wyrok śmierci? I co najważniejsze, jak w tak młodym wieku wspięli się na wyżyny duchowe, że aż ogłoszono ich błogosławionymi?

Przed wojną

Chcąc odpowiedzieć na te pytania musimy się nieco cofnąć w czasie… Chłopcy urodzili się w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy Polska po ponad 123 latach niewoli odradzała się do życia. Kiedy patriotyzm wysysało się z mlekiem matki i nie kojarzono z nacjonalizmem, a poświęcenie dla Polski nie było niczym nadzwyczajnym. Kiedy najwyższymi wartościami był Bóg, honor i ojczyzna. Kiedy przyjaźnie traktowane były poważnie, przysięgi dotrzymywane, a szacunek dla starszych był na porządku dziennym. Wreszcie, kiedy nie było telewizji, radia, komputerów, telefonów komórkowych, Internetu, a ludzie chętnie spędzali ze sobą czas.

Ich domy były skromne, nie wolne od trosk i problemów dnia codziennego, ale pełne ciepła i serdeczności. To przede wszystkim w nich zostali ukształtowani, to właśnie rodzice przekazali im wiarę. Kiedy mieli około 10 lat trafili do oratorium salezjańskiego przy ulicy Wronieckiej w Poznaniu. Najpóźniej dołączył Franek, bo dopiero kiedy skończył 13 lat. To tutaj się zaprzyjaźnili. Stworzyli zgraną paczkę, którą poznawało się zawsze po wybuchach głośnego śmiechu i niekończących się figlach. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie salezjanie i ich styl wychowania, zwany systemem zapobiegawczym, który pozostawił po sobie ich założyciel św. Jan Bosko, miał wpływ na kształtowanie charakterów chłopców. W oratorium spędzali każdą wolną chwilę, tutaj grali w piłkę, śpiewali w chórze, występowali w przedstawieniach teatralnych, ale także modlili się i dojrzewali duchowo. Spędzali tu każdą wolną chwilę. „Właściwie to mam dwa domy
zanotował w swoim „Dzienniczku” Eda Kaźmierski jeden na Łąkowej, drugi przy Wronieckiej 9. Nawet trudno powiedzieć, w którym spędzam więcej czasu. Dziś, na przykład, byłem na Wronieckiej trzy razy: przed południem, po południu u spowiedzi i wieczorem na zebraniu Towarzystwa św. Jana Bosko”.

Czym było oratorium, że stanowiło tak ogromną część życia chłopców? Świetnie na to pytanie odpowiedział w jednym z listów ówczesny wychowawca z Wronieckiej, ks. Augustyn Piechura SDB: „Co tych chłopców do nas przyciągało to miłość. Okazywaliśmy im wiele serca. (…) Druga, lecz akcydentalna praca, a zarazem mocno pociągająca do oratorium to gry, akademijki, wycieczki, przedstawienia, zwłaszcza jasełka. Na gry nie szczędziło się pieniędzy. Kupiłem nawet aparat fotograficzny z całym agregatem, nie po to, by siebie ubawić i rozerwać, bo ta praca zajmowała wiele czasu i niszczyła zdrowie, lecz korzystam z tego, by chłopaków przyciągnąć do nas, ubawić i chronić od ulicy, kina przewrotnego i zgorszenia. Jak rodzice oceniali tę pracę i jak byli wdzięczni, to chyba Ksiądz jeszcze pamięta”.

Rzeczywiście, salezjański styl wychowania był nieocenioną pomocą dla rodziców w kształtowaniu charakterów chłopców, ale przyjaźń wychowawców doceniali także oni sami i odpłacali miłością i przywiązaniem. Opiekowali się młodszymi, angażowali w pomoc, służenie do mszy św. Ich charaktery jednak dopiero się kształtowały i trudno powiedzieć, że od razu byli bez skazy. Dobitnie ocenił to Eda, pisząc w swoim „Dzienniczku”: „Ja też mam swoje za uszami. 7 marca znowu „urwałem się” z lekcji, a dziś nie poszedłem do szkoły w ogóle. Strach pomyśleć, co będzie jutro! Matka mi usprawiedliwienia nie da. Jadę prawie na samych „trójkach”. Lepszych stopni mniej niż rodzynków w świątecznym placku. A przecież głupi nie jestem. Może tylko trochę za leniwy. Janek Bosko był inny...”

W tym czasie byli po prostu zwyczajnymi nastolatkami, obok życia oratoryjnego, ważne były także dziewczęta. Eda z rozbrajającą szczerością pisał: „Widać, że zbliża się wiosna, bo moje serce zaczyna na całego wariować. Dotąd królowała w nim niepodzielnie Henia, a teraz zakradła się do niego Loda. Spokoju mi nie daje myśl o dziewczynkach. Czuję się tak, jakbym stał przed oknem wystawowym ze słodyczami. Wszystkie nęcą, a ja nie wiem, co wybrać. Mam ochotę wyciągnąć rękę po wszystkie. Henia mi się podoba, Loda mi się podoba, pewna Żydóweczka, którą niedawno poznałem
też mi się podoba, ale żadnej nie mam odwagi tego powiedzieć. Na razie wypowiadam swoje uczucia grą na skrzypcach. Na ostatniej lekcji ks. Piechura pochwalił mnie za postępy. Najgorsze, że na Heni i Lodzie się nie kończy. 21 maja, w czwartek, poszedłem na 600 na mszę, a potem pojechałem z Helą, Kaziem i Szypami do Gądek. Tam, w lesie, w czasie zabawy w „walkę narodów”, poznałem Zosię uroczą blondynkę o niebieskich oczach”.

I w oratorium, i w domu, i w szkole stale towarzyszyło im poczucie humoru. Zmarły niedawno prof. Stefan Stuligrosz (założyciel i wieloletni dyrygent znanego i wielokrotnie nagradzanego w Polsce i na świecie chóru Poznańskie Słowiki), który poznał chłopców w oratorium na Wronieckiej i się z nimi zaprzyjaźnił, szczególnie z Edkiem Kaźmierskim (podarowaną mu przez Edę w 1939 r. fotografię nosił w portfelu do końca swojego życia), tak w wywiadzie dla „Don BOSCO” wspominał: „Spotykaliśmy się w zimowe popołudnia u państwa Kęsych. Robiliśmy kawały jego siostrze Irenie, przebieraliśmy się, śpiewaliśmy różne pieśni i wesołe kuplety (…). Ale zawsze na zakończenie była krótka modlitwa. Często chodziliśmy na spacery ulicą Szelągowską, brzegiem Warty w śniegu. Radość nas rozpierała pękaliśmy ze śmiechu.” Potwierdzają to wpisy w „Dzienniczku” Edy, szczególnie ten z 1 kwietnia 1936 roku: „Jak prima aprilis, to prima aprilis! W szkole odbyło się bez kawałów. Kawały zaczęły się na imieninach u Margowskiego, gdzie byliśmy z Marychem i Steinem. Od śmiechu rozbolały nas brzuchy. Ale największy wygłup nastąpił po imieninach. Ni stąd ni zowąd przyszło nam do głowy, żeby zadzwonić do Wolniewiczów i poprosić do telefonu Henię. Telefonował Marych. Zapiszczał do słuchawki, przedstawił się jako koleżanka Heni i poprosił ją do telefonu. Powiedziano mu, że Henia śpi i odłożono słuchawkę. Nie zrezygnowaliśmy jednak. Zadzwoniliśmy z następnego aparatu i poprosiliśmy do telefonu panią Wolniewiczową. Telefon odebrała służąca i powiedziała, że pani śpi. My na to, że mamy bardzo ważną, osobistą sprawę i prosimy, żeby panią zbudziła. Trochę targowaliśmy się, ale w końcu służąca ustąpiła. Po chwili usłyszeliśmy zaspany głos pani Wolniewiczowej. Spytała: kto mówi? Wziąłem słuchawkę od Marycha i powiedziałem, że mówi jej przyszły zięć i uprzejmie prosi o rękę jednej z jej córek. „Łobuzy” krzyknęła i odrzuciła słuchawkę. Gdyby głos mógł zabijać, to pod aparatem leżałyby trzy trupy. Zadowoleni z kawału, poszliśmy w stronę swoich domów”.

Oczywiście, nie tylko z żartów składało się ich życie. Byli także bardzo wrażliwi na krzywdę i cierpienie innych, a także pomocni. Edak Kaźmierski miał na przykład chorą siostrę, o którą bardzo dbał: „…zabrano Ulkę do szpitala
pisał w „Dzienniczku”. Biedna siostrzyczka! Z jej kręgosłupem coraz gorzej, skrzywienie się powiększa. Tak bym chciał coś dla niej zrobić, ale jedyna przyjemność, jaką mogę jej dać, to przejażdżka na pożyczonym rowerze...”.

Wojna

Kiedy wybuchła II wojna światowa wszyscy byli jeszcze nastolatkami. Próbowali stanąć do walki z okupantem i zaciągnąć się do wojska, tylko Czesiowi się to udało (być może dlatego, że tylko on był przed wojną harcerzem) i tylko on walczył w kampanii wrześniowej. Prawdopodobnie dołączył do Batalionu Obrony Narodowej "Koronowo". Po powrocie z wojska trafił do konspiracji, do Narodowej Organizacji Bojowej. Dostał za zadanie stworzenie własnego oddziału, tzw. piątki - zaprzysiągł zatem swoich kolegów z oratorium, do których miał pełne zaufanie. Mieli za zadanie lt m.in. kolportować podziemną gazetkę Narodowej Organizacji Bojowej "Polska Narodowa", a także robić szkice obiektów wojskowych, gromadzić środki opatrunkowe, robić spisy Volsksdeutchów... W tym czasie posługiwali się pseudonimami: Czesiu - Piotr, Orwid, Eda - Orkan, Frąsiu - Sęp, Jaroś - Ryszard, Edziu Klinik - Ziuk. Niestety bardzo szybko zostali zadradzeni (podobnie jak 300 innnych konspiratorów) przez Zenona Ciemniejewskiego i aresztowani. „Kiedy 29 maja 1939 r. wspinałem się na palce i zrywałem pęki bzów, nie myślałem, że w trzy lata później będę kończył swój pamiętnik w więziennej celi
pisał Eda Kaźmierski. Żeby opisać wszystko, co się od tego dnia zdarzyło, trzeba by napisać książkę, ale muszę się streszczać, bo więzienie to nie dom przy Łąkowej.

Aresztowano mnie wraz z kolegami z oratorium: Cześkiem Jóźwiakiem, Frąsiem Kęsym, Edkiem Klinikiem i Jaroszem Wojciechowskim we wrześniu 1940 roku pod zarzutem przygotowań do zdrady stanu, czyli przynależności do tajnej organizacji. Smak tortur poznałem w Domu Żołnierza w Poznaniu, gdzie mieściła się siedziba gestapo. Przebywaliśmy tam niecałe dwadzieścia cztery godziny, ale były to najcięższe dni w moim życiu. Następnym miejscem kaźni był osławiony Fort VII w Poznaniu, gdzie spędziliśmy blisko cztery tygodnie. Cztery tygodnie nieustannego znęcania się nad nami i niepewności o życie. Nikt z przekraczających bramę ponurej budowli nie wiedział, czy opuści ją żywy. Myśmy ją opuścili, by trafić do więzienia przy ulicy Młyńskiej. Otuchy do przetrwania w Forcie VII dodawały nam: wspólna modlitwa, cicho nucone pieśni i różańce, odebrane nam podczas pierwszej rewizji i wrzucone do kosza na śmieci, które dzięki nieuwadze gestapowców udało nam się odzyskać. Stały się one dla nas najcenniejszą pamiątką z czasu wolności. Na Młyńskiej, po krótkim pobycie razem z kolegami, wtrącono mnie do celi, gdzie przebywało kilku pospolitych przestępców. Patrzyli na mnie ze zdziwieniem, gdy klękałem do pacierza czy sięgałem po różaniec. Ale parę razy zaśpiewałem im coś wesołego i nawet mnie polubili. Kolejnym miejscem naszej więziennej tułaczki były Wronki, Trafiliśmy tam 16 listopada 1940 roku. Tu staliśmy się „prawdziwymi” więźniami. Ogolono nam bowiem głowy i dano więzienne pasiaki”.


Czas niewoli, choć niesłychanie trudny, stał się dla chłopców czasem przyspieszonego dojrzewania, zbliżenia do Boga i drogą do świętości. Szczególnie owocny w tym względzie okazał się czas spędzony we Wronkach w pojedynczych celach. To były swoiste rekolekcje. Mierzenie się z własnymi słabościami, konfrontacja z własnym "ja". To w tym czasie chłopcy przyglądnęli się swoim wadom, relacjom z innymi i z Bogiem. „We Wronkach dużo myślałem nad sobą napisał Eda. Uświadomiłem sobie wszystkie swoje wady i przyrzekłem sobie wiele zmienić w swoim życiu, gdy się znajdę na wolności. Prosiłem Boga, żeby mi w tym dopomógł. A Bóg i Wspomożycielka Wiernych czuwali nad nami”. Także Edziu Klinik w liście do siostry pisał: „Kiedy Bozia pozwoli, że będę mógł się znowu z Tobą zobaczyć? Lecz jakże inny.  Dzisiaj, mając już za sobą duży okres szkoły życiowej, patrzę inaczej na świat, gdyż więzienie bardzo zmienia człowieka.

Dla niejednych staje się szkodliwym, dla innych zbawiennym. Ja i moi koledzy możemy powiedzieć, że dla nas jest i będzie tym drugim”. To wówczas dokonali wielu postanowień na przyszłość. Choć nie wiedzieli, że wielu z nich nie uda im się wprowadzić w życie... Że nie będzie im dane wyjść na wolność...

Z więzienia we Wronkach zostali przewiezieni do Berlina. Wszyscy trafili do więzienia w dzielnicy Neukölln, tylko Jaroś Wojciechowski trafił do Spandau, ponieważ więźniowie rozdzielani byli alfabetycznie (ci o nazwiskach od litery M trafiali do Spandau). Warunki w Neukolln były lepsze niż we Wronach. Chociażby dlateo, że nie siedzieli sami w celach. Ale także dlatego, że nie cierpieli głodu. O wiele gorzej było w Spandau, Jaroś nadal był osadzony sam w celi, ponadto, kiedy jego koledzy mogli razem świętować Wigilię, on za śpiewanie kolęd w tym samym czasie musiał stać w karcerze po pas w wodzie. Wydaje się, że jego więzienna droga była o wiele trudniejsza, niż jego kolegów, choć był najmłodszy. Ponadto, kiedy był w więzieniu zmarła jego mama, a siostra ukrywała miesiącami przed nim ten fakt. Oczywiscie robiła to z troski o brata...
Mimo makabrycznych doświadczeń, chłopcy nie tracili ducha, ani nawet humoru. Franek Kaźmierski, w jednym z grypsów do Edy pisał: „Ja się mego humoru jeszcze nie pozbyłem, jeszcze figle płatam. Raz Jantyszkowi schowałem łyżkę i jedli ze Stefanem jedną. Ponieważ była dolewka, jedli bardzo długo. Edziowi "Bebisiowi" [Klinikowi] poprzestawiałem raz meble i na pokrywie kibla napisałem: "Achtung. Giftgas!" [Uwaga, gaz trujący!] i namalowałem trupią czaszkę.

Wiadomo także, że kiedy to tylko było możliwe starali się trzymać razem i pomagać sobie nawzajem. Henryk Gabriel, który był więziony razem z piątką, w książce „Moi koledzy byli świętymi” pisze: „Kiedyś wyrwał mi się z ust mimo woli okrzyk: „ Kiedy my się chociaż raz do syta najemy, kiedy się ta nasza głodówka skończy?” Podczas obiadu Czesio daje mi swoją porcję i prosi mnie bym zjadł za niego, gdyż go żołądek boli. Nie chciałem przyjąć, gdyż wiedziałem, że to jest nieprawda, lecz on się uparł i musiałem jego porcję zjeść.”

Niewątpliwie czas niewoli zbliżył chłopców nie tylko do Boga, ale także pogłębił przyjaźń między nimi. „Więzienie w berlińskiej dzielnicy Neukölln okazało się dość ludzkie
pisał Eda jeśli o więzieniu można tak powiedzieć. Siedziałem w jednej celi z Frąsiem. Dzień zaczynaliśmy od pacierza, podczas pracy (klejenie torebek) śpiewaliśmy „godzinki”, a przed snem „Wszystkie nasze dzienne sprawy...”. A w grypsie do rodziny z więzienia w Neukölln dodał: „Ja wprawdzie nie mam brata, ale to co łączy mnie z Frąsiem, to uczucie nie może być mniejsze od uczucia, które żywią do siebie dwaj kochający się bracia. Kiedyś lubiliśmy się tylko, lecz teraz łączy nas przyjaźń (…). Nie ma drugiego takiego samego. Gdy przyjdą na mnie chwile smutku, on wytrwale mnie pociesza i rozśmiesza, tak jak tylko on umie. Jednym słowem jesteśmy sobie braćmi.”

Pociechą w więzieniu była im zatem przyjaźń, ale zdawali sobie sprawę, że sama przyjaźń nie wystarczyłaby w tak dramatycznych okolicznościach, gdyby nie pogłębiająca się wciąż w ich sercach wiara. W jednym z listów do rodziny Eda napisał: „Jakaż to siła, ta nasza wiara. Są także tacy tutaj, którzy w nic nie wierzą. Jaka dla nich straszna ta niewola. Słychać tam tylko przekleństwa i złorzeczenia. A u tych, co mają silną wiarę spokój, a zamiast przekleństw sama radość. Duch mój jest silny i coraz silniejszy się staje. Nic go już nie załamie, bo go Bóg umocnił. Jestem na wszystko przygotowany, bo wiem, że wszystkim Bóg kieruje, dlatego we wszystkim widzę niepojęte myśli Boże”.

Ta niezachwiana wiara, pozwoliła im zachować zupełny spokój, kiedy za swoją działalność "z powodu przygotowań do zdrady stanu" - jak można przeczytać w uzasadnieniu wyroku - zostali skazani na śmierć. W listach, które pisali na kilka chwil przed śmiercią, nie ma nawet cienia wątpliwości, że tam po drugiej stronie czeka na nich Dobry Bóg. Oni wiedzieli, że idą do nieba. I byli na to gotowi. „Jest 7.45 wieczorem. O godz. 8.30, tj. pół do dziewiątej zejdę z tego świata. Proszę was
pisał Czesław Jóźwiak tylko nie płaczcie, nie rozpaczajcie, nie przejmujcie się, Bóg tak chciał. Szczególnie zwracam się do Ciebie, Matusiu kochana, ofiaruj swój ból Matce Bożej Bolesnej, a Ona ukoi Twe zbolałe serce. Proszę Was bardzo, jeżeli w czym Was obraziłem, odpuście mej duszy”. Edward Kaźmierski pisał: „O dziękujcie Najłaskawszemu Zbawcy, że nie wziął nas nieprzygotowanych z tego świata, lecz po pokucie, zaopatrzonych Ciałem Jezusa w dzień Marii W.W. O dziękujcie Bogu za Jego niepojęte miłosierdzie. Dał mi spokój. Pogodzony z Jego Przen. Wolą schodzę za chwilę z tego świata. Wszak On tak dobry, przebaczy nam. (…) Do upragnionego zobaczenia w niebie”. A Franciszek Kęsy wprost zastanawiał się, czy gdyby umarł później byłby wciąż wierny Bogu: „Bóg Dobry bierze mnie do siebie. Nie żałuję, że w tak młodym wieku schodzę z tego świata. Teraz jestem w stanie łaski a nie wiem czy później byłbym wiernym mym przyrzeczeniom Bogu oddanym. Kochani Rodzice i Rodzeństwo bardzo Was przepraszam raz jeszcze z całego serca za wszystko złe i żałuję za wszystko z całego serca przebaczcie mi idę do Nieba do zobaczenia tam w Niebie”. Do końca byli świadomi własnych słabości: „Do ostatniej chwili z moją silną wiarą w sercu idę spokojnie do wieczności pisał Edward Klinik gdyż nie wiadomo co by mnie tutaj na ziemi czekało. Was proszę moi kochani o modlitwę za moją grzeszną duszę, proszę Was o przebaczenie mych grzechów młodości. Ściska Was i całuje z całego serca i z całej duszy Was zawsze kochający syn i brat”. Jarogniew jako jedyny pisał list pożegnalny do siostry, a nie do rodziców, bo kiedy był w więzieniu zmarła jego mama: „Poznałem i przejrzałem dokładnie życie Matusi, Ojca, Twoje i swoje i dlatego jestem pewny, że będziesz się raczej ze mną cieszyć, a nie rozpaczać, bo dostępuję nadzwyczajnej łaski Bożej i odchodzę poznawszy gruntownie moją przeszłość, bez najmniejszego żalu”.

Zaraz po napisaniu tych listów zginęli.

Po wojnie

Dziś w miejscu więzienia jest uniwersytet, wokół gwar i pełno młodych, roześmianych ludzi. Sporo się zmieniło. Tylko na parterze zostało kilka cel, w których skazańcy pisali swoje ostatnie listy, a na dziedzińcu pomnik ku czci pomordowanych tu ofiar. To niewiele. Niezmienny pozostał mroczny dziedziniec, na który słońce nadal nie zagląda. Tak jakby bał się światła, jakby zło, które przez lata tu królowało nadal musiało ukrywać się w mroku.

O wiele więcej zostało jednak w sercach tych, którzy znali Czesia, Frąsia, Edę, Edzia i Jarosza i którzy pamiętają ich jako „takich zwyczajnych, normalnych”. A także tych, którzy co prawda nie poznali ich osobiście, ale którym stali się bliscy po przeczytaniu ich listów z więzienia, a szczególnie tych spod gilotyny. Tych, dla których już na zawsze pozostaną Poznańską Piątką przyjaciół zapatrzonych w Boga w dobrych i najbardziej tragicznych chwilach swojego życia. Tych, którzy dzięki nim zrozumieli, że świętość nie jest zbyt odległa, że święty to nie posągowa postać ze spiżu i że wszyscy mamy szansę. Bo czyż nie wszyscy jesteśmy powołani do świętości?

Małgorzata Tadrzak-Mazurek

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego